czwartek, 17 sierpnia 2017

Teatr Sabata - Philip Roth

Philip Roth (ponownie) o kobietach.



Mickey Sabat to 64-letni kawaler, który pomimo wielu związków, w jakich był, ani razu się nie ożenił. Jako oddany miłośnik płci pięknej, spędził większość swojego życia u boku kobiet, nie ukrywając przy tym swojej rozwiązłości. Kiedy więc jego obecna partnerka, 52-letnia Drenka Balich stawia mu ultimatum, jego miłość i wierność do niej zostają wystawione na próbę. Czy będzie w stanie porzucić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i zmienić się dla jednej kobiety?

Tytuł: Teatr Sabata
Autor: Philip Roth
Wydawnictwo: Literackie

Powiedzieć o Sabacie, że jest miłośnikiem kobiet, byłoby ogromnym niedopowiedzeniem. 64-letni kawaler większość swojego życia spędził spotykając się z kobietami, dyskutując o nich lub próbując zgłębić ich naturę. Przez otoczenie postrzegany jako hedonistę, nie stroni od kontrowersji oraz prowokacji, a umawianie się z dużo młodszymi dziewczynami lub mężatkami jest u niego na porządku dziennym. Do tego usilnie wierzy w swój mocno naciągany kodeks moralno-etyczny, na którego szczycie stoi oddawanie się przyziemnym przyjemnościom... To ten typ bohatera, który jednocześnie odrzuca i intryguje. Mickey Sabat jest egoistyczny, pozbawiony wstydu, a miejscami nawet szowinistyczny i wywołujący odrazę, jednak w pewien sposób jego postać fascynuje i przyciąga. To złożona, wielopłaszczyznowa postać, której nie da się jednoznacznie zdefiniować, przez co na przemian współczujemy mu i go potępiamy.

Przyglądając się losom głównego bohatera, cofamy się wspomnieniami do najważniejszych kobiet jego życia. Do tych, które w największym stopniu na niego wpłynęły i najbardziej go zmieniły. Obserwujemy poszczególne okresy, w których przeżywał najszczęśliwsze, ale i najtragiczniejsze chwile, a we wszystkich z nich wspólny mianownik stanowią kobiety. Sabat przygląda się i analizuje swoje losy, próbując przypomnieć sobie - a może dopiero uświadomić - czym kierował się na poszczególnych etapach życia i co było dla niego najważniejsze. Wtedy zaślepiony kobiecym pięknem i osobistymi pragnieniami, dziś może z odpowiedniej perspektywy spojrzeć na własne doświadczenia i przeżycia, tym samym na nowo poznając siebie.

Twórczość Philipa Rotha cechuje bezkompromisowość, szczerość i brawurowość. Jego styl jest wyrazisty, nasycony skrajnymi emocjami i pozbawiony jakichkolwiek zahamowań. Sposób, w jaki opowiada historię niejednokrotnie może szokować, zawstydzać lub wywoływać niesmak, jednak za każdym razem niezwykle fascynuje i intryguje. Pomimo treści, która chwilami może nam się nie podobać, chcemy czytać dalej, przewracać kolejne strony. I z Teatrem Sabata początkowo jest podobnie. Postępowanie i przemyślenia głównego bohatera nas dziwią, miejscami wręcz oburzają, a podejście do życia wywołuje pogardę. Jednak z każdą kolejną historią zaczynamy przyzwyczajać się do postawy Mickeya, a jego zachowanie nie robi już na nas takiego wrażenia. Sprawia to, że z czasem następne opowieści, zamiast szokować i wywoływać silne emocje, jedynie nużą i stają się nijakie. Ostatecznie sprowadza się to do tego, że ta ponad 600-stronicowa powieść, choć cały czas świetnie napisana, w pewnym momencie zwyczajnie traci na wyrazistości i przenikliwości.

Teatr Sabata Philipa Rotha to bezkompromisowa opowieść o ludzkich pragnieniach, namiętności, tęsknocie oraz, jakby nie patrzeć, miłości. Amerykański pisarz, w charakterystycznym dla siebie stylu, mówi o pożądaniu, niewłaściwych z punktu widzenia moralnego zamiłowaniach oraz podświadomych fascynacjach. Podobnie jak w przypadku Konającego zwierzęcia całą historię koncentruje na postaci dojrzałego już mężczyzny, zaślepionego uczuciem do płci pięknej. Silnie skoncentrowana na postaci Mickeya Sabata, książka jest swego rodzaju studium pożądania oraz wnikliwą analizą podświadomości głównego bohatera. I mimo że z czasem staje się nieco powtarzalna i traci na sile wyrazu, jest to ciągle świetnie napisana powieść, którą czyta się z - żeby nie powiedzieć przyjemnością - niesłabnącym zainteresowaniem.

★★★★★★★☆☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Najgorszy Komiks Roku - Maciej Pałka

Z pasji do muzyki.

 


Jak piszą sami wydawcy - tej książki miało nie być. Powstała właściwie przy okazji, podczas tworzenia innego komiksu, Jak schudnąć 30 kg? (na podstawie scenariusza Tomasza Pstrągowskiego). Najgorszy Komiks Roku służył autorowi pierwotnie jako szkicownik, miejsce, w którym poszukiwał właściwego sposobu i formy na zilustrowanie historii Pstrągowskiego. Jednak kiedy ukończył pracę nad jedną książką, okazało się, że ma już praktycznie gotową drugą. I w taki właśnie sposób na rynku pojawił się ten twór.

Tytuł: Najgorszy Komiks Roku
Autor: Maciej Pałka
Wydawnictwo: Komiksowe

Jednak o czym właściwie jest Najgorszy Komiks Roku? To historia garażowego zespołu rockowego, złożonego z bliskich przyjaciół. Grupa odbywa próby, czasami koncertuje, jednak najczęściej kłóci się, a jej członkowie, mimo że bardzo się lubią, mają do siebie pretensje i wieczny żal. Historię poznajemy z perspektywy jednego z muzyków, tego najbardziej zdystansowanego i niezależnego (a przynajmniej na takiego się kreującego). Poznajemy po części losy każdego z członków kapeli oraz dowiadujemy się o ich wzajemnych relacjach. Na pierwszy plan wysuwa się jednak muzyka. Muzyka jako pasja, miłość i to, co łączy tych wszystkich ludzi. Autor podchodzi do niej z niezwykłą wrażliwością i zamiłowaniem, ukazując ją jako coś na swój sposób pięknego i bardzo osobistego. Widać w tym wszystkim również ogromną pasję i miłość, jakimi sam autor darzy muzykę oraz granie w zespole. Z dialogów aż unosi się duch muzyki, a przy każdym rysunku wręcz słyszymy dźwięki instrumentów. Sam komiks jest przez to niezwykle szczery i autentyczny, a fabuła, jakkolwiek wybrakowana by nie była, oczarowuje i pozwala na chwilowe zatracenie się we własnych marzeniach, pasjach i fascynacjach.

Nazwanie Najgorszego Komiksu Roku szkicownikiem w żadnym wypadku nie powinno być dla niego ujmą ani zakłamaniem (a przynajmniej taką mam nadzieję). Bardzo dobrze widać to w ilustracjach - prostych i można wręcz rzec "nieestetycznych". Kreska Macieja Pałki jest swobodna, rozedrgana, w niektórych miejscach pourywana i niedokładna. Choć co kilka stron możemy podziwiać pracochłonne, szczegółowe ilustracje, które robią wrażenie, to jednak na ogół spotykamy jakby robocze plansze. I ma to swój niewątpliwy urok. Najgorszy Komiks Roku cechuje niezwykle specyficzny styl, który z pewnością nie spodoba się każdemu. To awangardowa, niecodzienna stylistyka, która nie zachwyca dbałością o szczegóły i estetycznym pięknem, ale która ma swój niepowtarzalny charakter i duszę. W tych ilustracjach po prostu widać szczerość, swobodę i brak jakiejkolwiek sztuczności czy pretensji. Czysta autentyczność.

Największy problem tego komiksu polega na jego bezrefleksyjności. Owszem, to ciekawe i innowacyjne spojrzenie na pasję, w tym przypadku na muzykę oraz bycie częścią zespołu, jednak samo w sobie nie prowadzi do niczego więcej. Wraz z końcem lektury, przestajemy myśleć nad tą historią. Być może zapamiętamy specyficzną kreskę i w miarę ciekawą treść, jednak ogólnie rzecz biorąc, komiks niczego w nas po sobie nie zostawia. Szkoda, bo ta historia miała potencjał, by pobudzić coś w czytelniku, wykrzesać z niego jakieś emocje i spostrzeżenia. Bez tego to ciągle ciekawa i warta uwagi publikacja, jednak przy tym jednorazowa i niezapadająca w pamięć.

Najgorszy Komiks Roku to intrygujący i przyciągający wzrok komiks. Ciekawy w swej prostocie oraz niecodzienny w swego rodzaju "niechlujstwie". To nie ten typ komiksu, w którym zachwycamy się nad ilustracjami i podziwiamy nieskazitelnie piękną kreskę autora; w tym wypadku największe znaczenie ma jego charakter i własny, niepowtarzalny styl. Co prawda warstwa scenariuszowa może chwilami rozczarować i pozostawić niedosyt, jednak nie można odmówić jej szczerości i autentyczności. W tym komiksie zwyczajnie widać zamiłowanie autora do muzyki. Nawet jeśli nie czujemy się związani z tym środowiskiem ani nie jesteśmy fanami rockowych kapel, docenimy wartość sentymentalną, jaką dla niektórych może mieć ta publikacja. I choć niedługo po przeczytaniu prawdopodobnie zapomnimy o tym tytule, to przynajmniej będziemy mieli świadomość, że jego lektura dostarczyła nam nieskrywanej przyjemności.

★★★★★★☆☆☆☆

 Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu.
http://www.wydawnictwokomiksowe.pl/

sobota, 15 lipca 2017

Jak schudnąć 30 kg? - T. Pstrągowski, M. Pałka

Osobiście, intymnie, bez wstydu.



Moja przygoda z wszelkiego rodzaju komiksami jest stosunkowo krótka. Jeszcze do niedawna kompletnie nie odnajdywałem się w tym świecie, zwyczajnie nie interesowałem i nie znalem się na tym. To nawet nie jest kwestia tego, że ich nie lubiłem czy (jak niektórzy) postrzegałem je, jako coś wyłącznie rozrywkowego - po prostu nie miałem okazji ich poznać. Jednakże od jakiegoś czasu, dzięki wielu czynnikom, ta intrygująca i oryginalna forma, jaką jest komiks zaczęła mnie coraz bardziej interesować. Przekonałem się, że jest to pełnoprawna literatura, która może w równym stopniu wpłynąć na czytelnika i dostarczyć mu tyle samo wrażeń, co beletrystyka czy non-fiction - wystarczy tylko dobrze poszukać...

Tytuł: Jak schudnąć 30 kg? Prawdziwa historia miłosna
Autorzy: Tomasz Pstrągowski, Maciej Pałka
Wydawnictwo: Komiksowe

Jak schudnąć 30 kg? Prawdziwa historia miłosna to autobiograficzne spojrzenie autora na pewien okres swojego życia. Okres, w którym jako dojrzały mężczyzna przeżył internetowy romans z kilkunastoletnią dziewczyną. A do tego doświadczył problemów z nadwagą, poczuciem własnej wartości oraz kryzysem wieku średniego. Słowem - jeden z najbardziej intymnych i wstydliwych okresów w swoim życiu. A teraz dzieli się nim z nami. Szczerze, bez koloryzowania ani użalania się nad sobą. Wręcz obnaża się przed czytelnikiem, dzieli się z nim najbardziej intymnymi doświadczeniami, pragnieniami i marzeniami. Nie można się przez to pozbyć wrażenia, że podczas lektury wkraczamy w czyjąś sferę życia, do której nie powinniśmy mieć dostępu. Czujemy się skrępowani, mamy poczucie, jakbyśmy bez pozwolenia wkraczali w czyjeś prywatne sprawy. Jednocześnie jednak czujemy jakąś taką niezdrową fascynację. Zwyczajnie chcemy dowiedzieć się więcej i poznać jeszcze bardziej krępujące i wstydliwe fakty. I choć wstydzimy się tego i ciężko jest się samemu przed sobą przyznać, lektura tej historii sprawia nam niebywałą przyjemność.

Jednak komiks nie robiłby takiego wrażenia ani nie dostarczał takiej przyjemności, gdyby nie kreska Macieja Pałki. Niezwykle swobodna i rozedrgana sprawia wrażenie bardzo naturalnej i niewymuszonej. W zależności od nastroju i stanu psychicznego postaci, zmienia się i dopasowuje. Poszczególne rysunki wahają się od tych minimalistycznie pięknych aż do odpychająco zdeformowanych, przy czym wszystkie na pierwszy rzut oka wyglądają jak niewykończone szkice. Warstwa graficzna, podobnie jak scenariuszowa, niczego nie upiększa i nie stawia w lepszym świetle. Można wręcz powiedzieć, że w niektórych miejscach celowo wyolbrzymia lub czyni pewne rzeczy wręcz karykaturalnymi. Ilustracje idealnie współgrają i dopełniają tę historię, dodając jej niejednokrotnie przerażająco smutnego realizmu. To ten typ komiksu, w którym rysunki jednocześnie nas fascynują i odpychają - dokładnie tak samo, jak jego fabuła...

Komiks Jak schudnąć 30 kg? Prawdziwa historia miłosna bez wątpienia robi wrażenie. Intryguje realizmem, szczerością i dosłownością. Pozbawiony wstydu i granic, ukazuje te najbardziej intymne i osobiste okresy życia Tomasza Pstrągowskiego. Miejscami niesmaczny, miejscami odpychający, jednak cały czas niezwykle szczery i realistyczny. Swobodna i rozedrgana kreska Macieja Pałki idealnie oddaje charakter i specyfikę tej historii, a do tego, choć sprawia wrażenie przypadkowej, jest niezwykle przemyślana i dopracowana. Razem z fabułą tworzy dzieło bezkompromisowe, mocne i zapadające w pamięć. To w końcu także opowieść o samotności, o relacjach, zarówno tych online, jak i offline, a w pewnym sensie także o odrzuceniu. I choć ciężko utożsamić się z głównym bohaterem, to konstrukcja komiksu sprawia, że bez problemu możemy dopasować do niego własną historię. Bo Jak schudnąć 30 kg? oprócz tego, że intryguje formą, fascynuje i ekscytuje fabułą, to przede wszystkim zmusza do refleksji...

★★★★★★★☆☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu.

sobota, 8 lipca 2017

Arkadia - Lauren Groff

Dorastanie w hippisowskiej komunie.



Początek lat siedemdziesiątych, Stany Zjednoczone. Lutek, a właściwie Ridley Stone, rodzi się w dniu powstania Arkadii - hippisowskiej grupy "wolnych ludzi", którzy chcąc oderwać się od ówczesnego życia, postanawiają stworzyć komunę. Razem mieszkają, pracują i dzielą się wszystkim, co mają. To właśnie tam chłopiec dorasta, uczy się życia oraz przeżywa pierwsze rozczarowania i miłości. W odosobnieniu od reszty świata, w duchu wolności i niepohamowanej swobody oraz przeświadczeniu o idealności i utopijności tego miejsca. Jednak pewnego roku Arkadia się rozpada. Jak komuna, a przede wszystkim Lutek, poradzi sobie z powrotem do tradycyjnego świata?

Tytuł: Arkadia
Autor: Laren Groff
Wydawnictwo: Znak

Z twórczością Lauren Groff po raz pierwszy spotkałem się przy okazji lektury Fatum i furii. Międzynarodowego bestsellera, który odbił się szerokim echem na rynku wydawniczym i tradycyjnie podzielił czytelników. Dla mnie to jednak książka, która całkowicie mnie oczarowała i do której co jakiś czas wracam myślami. To powieść z gatunku tych, które zostają w głowie czytelnika i o których nie zapomina się jeszcze długo po lekturze. Muszę więc przyznać, że ogromnie nie mogłem się doczekać kolejnego tytułu tej autorki. Nie musiałem długo czekać - rok później, dzięki Wydawnictwu Znak, możemy poznać kolejną powieść Lauren Groff. Czy jednak Arkadia dorównała swojej poprzedniczce?

Początek lat siedemdziesiątych - czasy hippisów, rocka i poszukiwania wolności. To także czas założenia Arkadii, hippisowskiej komuny założonej w duchu nieograniczonej swobody i dążenia do samowystarczalności. Ludzie w niej żyją i traktują się, jak rodzina, a pojęcia typu własność osobista czy nawet prywatność nie mają tam znaczenia. To z pozoru miejsce pełne miłości, wsparcia i swobody, gdzie wszyscy są sobie równi i nikt nikim nie dowodzi. W takim właśnie przekonaniu dorasta główny bohater, który z racji tego że od urodzenia mieszka w Arkadii, nie ma żadnego porównania ze światem zewnętrznym. Jednak w wieku kilkunastu lat zaczyna widzieć coraz więcej, wiele rzeczy podaje w wątpliwość oraz zadaje jeszcze więcej pytań. Dostrzega, że miejsce, które kiedyś było w jego oczach idealne, ma swoje skazy i brudy, których nie widać na pierwszy rzut oka. To odkrycie z jednej strony otwiera mu oczy, a z drugiej staje się źródłem wielu rozczarowań i przykrości. Porzucenie wyobrażenia o utopijności Arkadii na rzecz niewygodnej i często bolesnej prawdy, nie będzie takie proste...

W naszej codzienności niejednokrotnie polegamy na wyobrażeniach. Na wygodnym dla nas obrazie danej rzeczy czy sytuacji, który jest nam najłatwiej zaakceptować i przyjąć do ogólnego postrzegania otoczenia. Często też podświadomie tworzymy własny wizerunek czegoś, czego do końca nie znamy, a koniecznie chcemy zamknąć w konkretne ramy. Jednak gdy dochodzi do konfrontacji, najczęściej spotyka nas, nawet jeśli nie rozczarowanie, to na pewno zaskoczenie i zdziwienie. Między innymi temu zagadnieniu przygląda się w swojej powieści Lauren Groff. Autorka konfrontuje wyobrażenia z rzeczywistością, zestawia nasz wyidealizowany punkt widzenia z faktycznym obrazem danej rzeczy. Pisarka analizuje proces uświadomienia, przygląda się zachowaniu i reakcjom człowieka, który nagle zostaje zmuszony zmienić postrzeganie ważnych dla siebie kwestii, a często nawet przewartościować to, co dla niego najistotniejsze. Wnika wgłąb podświadomości postaci swojej książki, jednocześnie zachęcając czytelnika do własnych obserwacji i analiz.

Arkadia Lauren Groff to niezwykła opowieść o dorastaniu, wspomnieniach i mierzeniu się z przeszłością. W jej centrum zostaje postawiony Lutek oraz jego losy, od czasów dzieciństwa aż po dorosłość. Lutek, który najpierw jako młody chłopak poszukuje swojej tożsamości, by później już jako dorosły mężczyzna skonfrontować ją z ówczesnymi wyobrażeniami i spostrzeżeniami. By mając za sobą pewne doświadczenia, cofnąć się do lat dzieciństwa i przeanalizować swój światopogląd oraz stosunek do wielu kwestii... To także opowieść o pragnieniu bliskości i kontaktu z drugim człowiekiem; o potrzebie miłości i przynależności. O tym, co w życiu każdego z nas niezwykle ważne, a o czym przypominamy sobie dopiero wtedy, kiedy to utracimy.

★★★★★★★☆☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Znak.

Czytaliście już Arkadię?
A jeśli nie, to czy zamierzacie?

sobota, 3 czerwca 2017

Czerwone dziewczyny - Kazuki Sakuraba

Saga rodzinna z Kraju Kwitnącej Wiśni.



Japonia, 1945 rok. Tajemniczy lód z gór zostawia w osadzie Benimidori trzyletnią dziewczynkę, która zostaje później przygarnięta przez wielodzietną rodzinę klasy robotniczej. Manyo już od najmłodszych lat różni się od rówieśników - wykazuje zdolności jasnowidzenia, a w wieku dziesięciu lat widzi na niebie latającego człowieka. Przez swoją odmienność i pochodzenie, wielu mieszkańców wioski uważa ją za znak od bogów lub proroka. Jako nastoletnia dziewczyna zostaje wybrana przez matronę bogatego rodu na żonę dla swojego syna. Wstąpienie do poważanej, wpływowej rodziny na zawsze odmieni los jej samej oraz kolejnych pokoleń. 

Tytuł: Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów
Autor: Kazuki Sakuraba
Wydawnictwo: Literackie

Kultura Dalekiego Wschodu, a zwłaszcza Japonii i Korei, od zawsze mnie interesowała. Obyczajowość i sztuka Kraju Kwitnącej Wiśni, przez swoją odmienność, intryguje i wzbudza ciekawość. Całkowicie odmienny styl życia, spojrzenie na rzeczywistość i podejścia do kwestii religii, rodziny czy wychowania czynią ten kraj czymś niezwykłym i nieodgadnionym dla Europejczyków. Dzięki różnym formom kultury, która coraz częściej dociera daleko poza granice Azji, możemy poznać ten kraj i lepiej go zrozumieć. Taką sposobnością jest między innymi lektura Czerwonych dziewczyn - książki jednej z najpoczytniejszych japońskich autorek, Kazuki Sakuraby. Dzięki Wydawnictwu Literackiemu, polscy czytelnicy mogą poznać twórczość tej pisarki i przenieść się na chwilę do Japonii. Natomiast za sprawą organizatorów czerwcowego Big Book Festivalu, będą mogli się z nią spotkać w Warszawie podczas tegorocznej edycji festiwalu.

Narratorką i przewodniczką po osadzie Benimidori jest Toko, wnuczka Manyo i najmłodsza spadkobierczyni rodu Akakuchibów. Przywołując wspomnienia i opowieści członków rodziny, przytacza nam historię kolejno swojej babki, matki i swoją. Snuje przed nami opowieść mającą swój początek w latach pięćdziesiątych XX wieku, a kończąc na czasach teraźniejszych, kiedy sama staje się główną bohaterką. Historia rodziny jest silnie osadzona w czasach, w jakich mają miejsce poszczególne wydarzenia, dzięki czemu możemy zaobserwować, jak się zmieniała sama Japonia na przestrzeni ponad pięćdziesięciu lat. Śledzimy rozwój tego azjatyckiego państwa; jego metamorfozę z niewielkiego, wyspiarskiego państwa w światową potęgę gospodarczą. Jesteśmy świadkami największych przemian militarnych i ekonomicznych drugiej połowy XX wieku, kiedy to Japonia przeżywała największy okres rozkwitu i kształtowała swoją czołową pozycję wśród krajów całego świata... I gdzieś w tym wszystkim toczą się losy rodziny Akakuchibów - na pozór odsuniętej od zgiełku największych miast, a jednak widocznie odczuwających wszelkie zmiany gospodarcze.

Historia, którą kreuję przed nami Kazuki Sakuraba, z początku przypomina pewien rodzaj onirycznej przypowieści. Ta senność i melancholia, która unosi się znad stron, oczarowuje czytelnika i zaprasza go do świata powieści. Podczas lektury mamy poczucie całkowitego odrealnienia i przeniesienia się prosto do Japonii. Jednak im bliżej współczesności, a tym samym ostatniej części książki, cała atmosfera powoli się ulatnia. Znika orientalny, azjatycki klimat, a zamiast niego pojawia się pretensjonalność i zmanierowanie. Również emocje oraz relacje między bohaterami, które wcześniej świetnie opisywała autorka, pod koniec historii zupełnie tracą na naturalności i autentyczności. Wszystko popada w jakąś niezrozumiałą pompatyczność i nadęcie, a same wydarzenia stają się przez to groteskowe. Dziwi to zwłaszcza dlatego, że przez znaczącą część książki wszystko wyglądało naprawdę dobrze i zwiastowało co najmniej nieprzeciętną lekturę, a dopiero pod koniec każdy z elementów zaczął się rozstrajać. Szkoda, bo zapowiadało się naprawdę ciekawie...

Czerwone dziewczyny Kazuki Sakuraby to intrygująca, klimatyczna powieść przepełniona duchem orientu; azjatycka saga rodzinna, w której przyziemna codzienność miesza się z marzeniami i onirycznymi wizjami. To melancholijna i niepozbawiona bólu opowieść o miłości i rodzinie, a jednocześnie ukazująca radości życia przypowieść o niezwykłych kobietach. Choć pod koniec książka znacząco obniża swój poziom, a historia staje się chwilami pretensjonalna i manieryczna, to w ogólnym rozrachunku, powieść wypada co najmniej interesująco. To przede wszystkim świeża i zupełnie inna od naszej perspektywa, dzięki której możemy przyjrzeć się z bliska Japonii oraz poznać jej kulturę i obyczajowość. I choćby dlatego Czerwone dziewczyny to książka, która poszerza nasze horyzonty oraz w jakiś sposób zapada w pamięć.

★★★★★★☆☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Czytaliście już Czerwone dziewczyny?
A jeśli nie, to czy zamierzacie?

wtorek, 16 maja 2017

Na wodach północy - Ian McGuire

Na skutych lodem wodach Arktyki.



Rok 1859, Anglia. Statek wielorybniczy Ochotnik wypływa na wody Morza Arktycznego. Jego dowódca, znany ze swojej pechowości, nie cieszy się dobrą sławą, jednak ten rejs ma odwrócić jego niefortunny los. Do załogi statku niespodziewanie dołącza Patrick Sumner - niedawno wydalony z wojska Irlandczyk. Zatrudniony jako lekarz pokładowy, ma nadzieję na niewymagającą wyprawę, podczas której będzie jedynie leczył niegroźne urazy i opatrywał drobne rany. Jednak kiedy pewnego dnia zgłasza się do niego chłopiec okrętowy z obrażeniami jednoznacznie wskazującymi na to, że został seksualnie wykorzystany przez jednego z członków załogi, sprawy wyraźnie się komplikują. Rozpoczyna się poszukiwanie sprawcy...

Tytuł: Na wodach północy
Autor: Ian McGuire
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Nagroda Bookera w przeciągu kilkunastu ostatnich lat stała się jedną z najważniejszych i najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie. Przyznawana od 1969 roku, kształtuje trendy literackie i w znaczący sposób wpływa na rozpowszechnienie i popularyzację twórczości danych twórców. To właśnie dzięki tej nagrodzie sławę i uznanie na całym świecie zyskali m.in.: John Maxwell Coetzee, Ian McEwan, Yann Martel czy ostatnio również Richard Flanagan oraz Eleanor Catton. Już sama nominacja do Nagrody Bookera jest ogromnym wyróżnieniem i wyznacznikiem jakości. Jednym z zeszłorocznych nominowanych jest Brytyjczyk Ian McGuire, którego książka The North Water (Na wodach północy) trafiła w kwietniu na półki polskich księgarń.

Niekończące się wody morza, statek wielorybniczy i niezbadana Arktyka. Ian McGuire osadził swoją powieść w dzikim, brutalnym świecie, w którym o przetrwaniu decydują siła i wpływy. Nie ma tu miejsca na kompromisy, a ci, którzy nie mają wystarczającej woli walki, natychmiast przestają się liczyć. Takie jest również Na wodach północy - brudne, męskie i pozbawione uczuć. Wraz z rozpoczęciem lektury, zostajemy przeniesieni na pokład statku, gdzie razem z załogą znosimy trudne warunki podróży, odczuwamy strach i stawiamy czoła dzikiej naturze. Niepowtarzalny klimat, który charakteryzuje tę powieść jednocześnie przeraża i intryguje czytelnika. Z jednej strony chcemy jak najszybciej stamtąd uciec, wrócić do domowej wygody, a z drugiej jak najlepiej poznać te realia, zasmakować dzikiej natury, mrozu i bólu. Pragniemy doświadczyć na własnej skórze trudów i niedogodności rejsu.

Fabuła powieści Iana McGuire'a na pierwszy rzut oka skupia się na zbrodni oraz poszukiwaniu sprawcy. W tej dosłownej, najprostszej do odczytania treści to właśnie wątek kryminalny wychodzi na pierwszy plan. Jednakże kiedy spróbujemy przyjrzeć się jej bliżej, zauważymy, że pod jego fasadą, kryje się znaczniej więcej... Autor przemycił w tej stosunkowo prostej historii, sporą ilość zagadnień, które pozornie nie kojarzą się z tego typu powieściami. Wykorzystując postać Patricka Sumnera, zadaje wiele pytań, tym samym zapraszając czytelnika do zaangażowanej lektury i zmuszając go do refleksji. Ten irlandzki lekarz, nieco zagubiony w poczuciu bezradności i niejakiej pustki, stara się odnaleźć w sytuacji, w jakiej się znalazł oraz zrozumieć, w jaki sposób doświadczenie wpływa na postrzeganie przez niego świata. Ian McGuire pyta o poszukiwanie celu w życiu, o instynkt, który ukierunkowuje zachowanie i osobowość każdego z nas. A dzięki nieograniczonemu polu do interpretacji, jaką pozostawia autor, każdy ma możliwość odczytania tej historii na własny, unikalny sposób.

Na wodach północy Iana McGuire'a to bezkompromisowa, męska proza, w której nie ma miejsca na słabość czy lęk. Brytyjski pisarz kreuje przed nami intrygującą opowieść o okrucieństwie, upadku moralności i zezwierzęceniu. Zestawiając ludzi i zwierzęta, wskazuje na to, jak bezwzględny i brutalny może być człowiek oraz do czego może się posunąć w kryzysowych sytuacjach. Porównując go do najgroźniejszych bestii, ukazuje rodzaj ludzki jako gatunek pozbawiony moralności, uczuć i jakichkolwiek skrupułów. McGuire próbuje jednocześnie dociec, w czym tkwi istota zła; skąd bierze się to najgłębiej zakorzenione w naszej naturze, instynktowne zło... To brutalna opowieść, która wymaga od czytelnika czegoś więcej niż tylko skupienia i która w dosadny sposób daje do myślenia. Na wodach północy intryguje, wywołuje niepokój, zmusza do refleksji i nie daje o sobie zapomnieć jeszcze długo po lekturze.

★★★★★★★☆☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Czytaliście już Na wodach północy?
A jeśli nie, to czy zamierzacie?

sobota, 13 maja 2017

Endgame. Reguły gry - James Frey

Wielki finał Endgame.



Endgame nieubłaganie zbliża się ku końcowi... Uczestników ubywa, a rozgrywka z dnia na dzień staje się coraz bardziej zacięta. Każdy z Graczy wiele przeszedł i jeszcze więcej musiał poświęcić, dlatego za wszelką cenę pragnie zakończyć tę morderczą grę. Dodatkowej adrenaliny dodaje fakt, że zaangażowane zostają osoby wcześniej niewtajemniczone w rozgrywkę, a samo Endgame zyskuje wymiar globalny. Co więcej niektórzy gracze zaczynają podawać w wątpliwość sens i celowość całego przedsięwzięcia; zastanawiają się, o co tak naprawdę walczą i kto za tym wszystkim stoi...

Tytuł: Endgame. Reguły gry (tom 3.)
Autor: James Frey, Nils Johnson-Shelton
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kiedy dwa lata temu przeczytałem pierwszy tom Endgame, nie byłem przekonany, czy kontynuować tę serię. Choć przyjemnie spędzałem czas, czytając Wezwanie, to sama książka nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia. Mimo to zdecydowałem się sięgnąć po kolejny tom, i jak się później przekonałem, podjąłem dobrą decyzję, bo Klucz niebios w pełni wynagrodził mi braki i niedociągnięcia pierwszej części. Ciągle była to literatura typowo rozrywkowa, jednak w najlepszym tego słowa znaczeniu. Kiedy więc rozpoczynałem lekturę ostatniego tomu, liczyłem na podobne wrażenia, jak w przypadku poprzednich części. Czy jednak Reguły gry sprostały moim oczekiwaniom?

Reguły gry są bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z drugiej części. Książka zaczyna się właściwie w tym samym momencie, w którym skończyła się jej poprzedniczka, dzięki czemu ciągłość akcji jest jak najbardziej zachowana. Właśnie przez tę linearność i szczegółową chronologiczność zdarzeń, cała powieść przypomina w swojej budowie serial. Wielu pierwszoplanowych bohaterów, kilka miejsc akcji i równoległe rozgrywające się wydarzenia - to wszystko sprawia, że w głowie automatycznie tworzymy obrazy i wyobrażamy sobie poszczególne sceny. Seria Endgame stanowi wprost idealny scenariusz na dobry serial akcji.

Tym, co nigdy nie zawodzi jeśli chodzi o tę serię, jest umiejętne trzymanie w napięciu. Szybkie tempo i odpowiednio dawkowane zwroty akcji powodują, że książkę czyta się właściwie jednym tchem. Mimowolnie chcemy wiedzieć, co wydarzy się dalej i jak potoczą się losy bohaterów. Autorzy umiejętnie rozpisali poszczególne wydarzenia i zaplanowali całą serię, dzięki czemu nieustannie przyciągają uwagę czytelnika. Nawet jeśli pod koniec trzeciego tomu ta zwarta budowa zostaje widocznie zaburzona, a sama akcja traci na wyrazistości, to całej książce nie można odmówić trzymania w napięciu. Nawet jeśli jest ono wywołane głównie przez ciekawość, jak się to wszystko zakończy...

Ostatni tom różni się od poprzednich przede wszystkim tym, że widać tu braki w ciągłości, logice i zbieżności fabuły. Reguły gry są zdecydowanie najmniej przemyślaną ze wszystkich części, widoczny jest tu brak pomysłu na to, jak poprowadzić akcję. Wszystkie elementy się niekontrolowanie rozmywają, a cała książka widocznie traci spójność. Cierpi na tym również sama dramaturgia, która z czasem zwyczajnie zanika; zamiast emocjonować się wydarzeniami i martwić o los bohaterów, próbujemy się zorientować, gdzie to tak właściwie zmierza i jaki jest tego cel. Zawiódł zarówno pomysł, jak i realizacja.

Reguły gry, mimo że wciągają i angażują czytelnika, to przede wszystkim jednak rozczarowują. Brak tu pomysłu na fabułę, odpowiedniego napięcia i logiki w postępowaniu bohaterów. Trylogia duetu Frey/Johnson-Shelton wyróżnia się oryginalnością i nietypowym podejściem do poprowadzenia fabuły, jednak w ostatnim tomie to wszystko gdzieś zanika. Co prawda książka dostarcza rozrywki i pozwala na chwilę odprężenia, jednak nie wywołuje u czytelnika żadnych emocji. Ostatecznie nie jest to książka zła, lecz jedynie rozczarowująca i zwyczajnie przeciętna. A szkoda, bo poprzednie części zapowiadały ciekawy i co najmniej widowiskowy finał.

★★★★★☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.

Czytaliście już serię Endgame?
A jeśli nie, to czy zamierzacie?

środa, 10 maja 2017

Frankenstein - Mary Shelley

Klasyka grozy w najlepszym wydaniu.



Wiktor Frankenstein pochodzi z bogatej i powszechnie szanowanej genewskiej rodziny. Już od najmłodszych lat wykazuje zainteresowania naukami ścisłymi, dlatego jako siedemnastolatek postanawia wyjechać na studia do Ingolstadt, by tam kontynuować naukę. Interesują go przede wszystkim zagadnienia związane z istotą śmierci oraz odkryciem możliwości przywracania życia zmarłym, a jednym z jego największych projektów, i zarazem marzeń, jest powołanie do życia idealnego człowieka. Po wieloletnich poszukiwaniach i badaniach naukowych w końcu mu się to udaje, choć efekt znacząco różni się od jego oczekiwań. Wkrótce przekona się także, że stworzona przez niego istota całkowicie odmieni jego życie i zmusi go do podjęcia wielu bolesnych decyzji.

Tytuł: Frankenstein
Autor: Mary Shelley
Wydawnictwo: Vesper

Jako jedna z najpopularniejszych powieści grozy, Frankenstein na dobre wszedł do kanonu literatury. Obok Draculi Brama Stokera i Mnicha Matthew Gregory'ego Lewisa to chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych na świecie powieści gotyckich. Liczne adaptacje filmowe i teatralne oraz ciągłe odwołania i nawiązania kulturowe świadczą o niesłabnącej fascynacji i zainteresowaniu powieścią Mary Shelley. Książka, która świetnie odnalazła się także w kulturze masowej, była i jest inspiracją dla wielu późniejszych dzieł, a sam wizerunek monstrum stał się już pewnym zjawiskiem kulturowym. Czy jednak po blisko dwustu latach od pierwszego wydania, Frankenstein wciąż zachwyca?

Powieść rozpoczyna się w momencie, gdy młody podróżnik Robert Walton, przemierzając na swoim statku wody Arktyki, pragnie dopłynąć do bieguna północnego - miejsca, gdzie jeszcze nikt nie zdołał dotrzeć. Na swojej drodze niespodziewanie spotyka Wiktora Frankensteina, człowieka u kresu sił, który postanawia opowiedzieć mu swoją historię. Snuje przed nim smutną opowieść o rodzinie, dzieciństwie spędzonym w Genewie i studiach w Ingolstadt. Mówi mu o swoim zainteresowaniu nauką i fascynacji istotą śmierci, a także o tragicznym w skutkach eksperymencie, który doprowadził go do obecnej sytuacji. Toczy przed nim pewnego rodzaju spowiedź, jednocześnie próbując zmierzyć się z przeszłością. Trochę rozdrapując stare rany, a trochę starając się znaleźć odpowiedź na pewne pytania, opowiada swoją historię Robertowi oraz nam, czytelnikom.

Przyjęło się określać Frankensteina mianem powieści grozy, jednak w moim odczuciu jest to co najmniej spore niedopowiedzenie. Dzieło Mary Shelley to przede wszystkim przejmująco smutna, iście tragiczna opowieść o samotności oraz potrzebie miłości. Angielska pisarka wnikliwie analizuje zachowanie siejącego postrach monstrum oraz wnika wgłąb umysłu Wiktora Frankensteina, naukowca-stwórcy. Rozkłada na czynniki pierwsze, bada psychikę głównego bohatera, tym samym kreując przed nami jego portret psychologiczny. Poznajemy jego motywacje, sposób postrzegania rzeczywistości oraz ciążące na nim myśli i decyzje. Z pozycji obserwatora przyglądamy się jego zmaganiom z najtrudniejszymi dylematami oraz zastanawiamy się, co my byśmy zrobili na jego miejscu.

Jednak tym, co czyni tę powieść wyjątkową i ciągle aktualną, jest przede wszystkim jej uniwersalność. Poruszająca tak wiele motywów, mówi o rzeczach niezwykle ważnych równie dzisiaj. O potrzebie przynależności i miłości oraz poszukiwaniu celu, którego każdy w swoim życiu potrzebuje. To zawiła, wielowymiarowa powieść, którą w zależności od punktu widzenia, można interpretować na przeróżne sposoby. Ten dziewiętnastowieczny klasyk jest istną hybrydą gatunkową, w której groza miesza się z romansem, a thriller z powieścią filozoficzną. Warto znać Frankensteina nie tylko z racji tego, że należy do klasyki literatury oraz jest jednym z najważniejszych dzieł kultury popularnej, ale przede wszystkim dlatego, że to po prostu świetna powieść. Poruszająca, wymagająca, dająca do myślenia i na długo zapadająca w pamięć.

★★★★★★★★☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Vesper.


Czytaliście już Frankensteina?
A jeśli nie, to czy zamierzacie?

wtorek, 11 kwietnia 2017

TBR | Wiosna 2017

Moje plany czytelnicze na wiosnę.



Wiosna rozpoczęła się na dobre, dlatego to chyba najwyższa pora, by zrobić plany czytelnicze na najbliższe miesiące. Nie utożsamiam pór roku z danymi gatunkami literackimi, nie mam również "nastroju" na określone tytuły; lubię jednak wybierać kilka książek, po które sięgnę w najbliższym czasie. To dobra okazja, by prześledzić zapowiedzi wydawnicze oraz przyjrzeć się swoim półkom (zawsze znajdzie się jakaś powieść, o której zapomnieliśmy, a po którą od dawna chcieliśmy sięgnąć). Co prawda zazwyczaj nie udaje mi się przeczytać wszystkich pozycji, które wybiorę, jednak nie powstrzymuje mnie to przed robieniem takich list. I właśnie dlatego również na wiosnę postanowiłem wybrać 9 książek, po które będę chciał sięgnąć "w pierwszej kolejności".

Jednak najpierw - rozliczenie zimowego TBR'u (link):

Przeczytane:
  • Muza - Jessie Burton
  • Lalka - Bolesław Prus
  • Folwark zwierzęcy - George Orwell
  • Szklany klosz - Sylvia Plath
  • Prawiek i inne czasy - Olga Tokarczuk
  • Harry Potter i Przeklęte Dziecko - J.K.Rowling, J.Thorne, J.Tiffany

Nieprzeczytane:
  • Everyman - Philip Roth
  • Kocia kołyska - Kurt Vonnegut
  • Portret Doriana Graya - Oscar Wilde

Tym razem poszło mi zdecydowanie lepiej niż poprzednio, z czego bardzo się cieszę. Najbardziej szkoda mi Portretu Doriana Graya, po którego sięgałem kilkukrotnie i za każdym razem coś mnie powstrzymywało od dalszej lektury. Jestem jednak pewien, że jeszcze powrócę do tego tytułu.


Tak oto prezentuje się mój wiosenny TBR:


Po fenomenalnej książce Fatum i furia, którą miałem okazję przeczytać w zeszłym roku, ogromnie nie mogę się doczekać następnej powieści tej autorki - Arkadii. Szykuje się równie genialna i wyjątkowa lektura... Teatr Sabata i Ściana burz to kolejne z nadchodzących premier, na które mam wielką ochotę. Pierwsza z nich będzie kolejnym spotkaniem z twórczością Philipa Rotha - jednego z moich ulubionych pisarzy, a druga kontynuacją najlepszej książki fantasy, jaką przeczytałem w zeszłym roku (Królowie Dary). Dosłownie kilka dni temu obejrzałem ostatni odcinek znakomitego serialu Big Little Lies (Wielkie kłamstewka), i mimo że początkowo nie zamierzałem tego robić, postanowiłem sięgnąć po literacki pierwowzór. Przekonam się, czy jest on równie dobry, co jego ekranizacja. Po przeczytaniu oraz obejrzeniu Godzin, przyszła pora na zapoznanie się z największą inspiracją tych dzieł, jakim jest Pani Dalloway Virginii Woolf. Mam nadzieję, że tej wiosny uda mi się nareszcie sięgnąć po ten klasyk. Z kolei Jeszcze jeden oddech ma być odpoczynkiem od beletrystyki, a tym samym moim kolejnym podejściem do literatury faktu. Natomiast pozostałe tytuły (Przekleństwa niewinności, Stacja jedenaście, Genialna przyjaciółka) to po prostu książki, które już od dłuższego czasu mnie interesowały, a po które nigdy nie miałem okazji sięgnąć. Może teraz w końcu uda mi się za nie zabrać.


Tworzycie tego typu listy czy wybieracie książki na bieżąco?
Jakie są wasze plany czytelnicze na wiosnę?

sobota, 8 kwietnia 2017

Pragnienie - Richard Flanagan

Wysmakowana opowieść o ludzkich pragnieniach



Rok 1841. Brytyjski odkrywca sir John Franklin przeprowadza się z żoną, Lady Jane, do kolonii karnej - Ziemi van Diemena. Zachwyceni kilkuletnią Aborygenką, postanawiają ją adoptować oraz wychować. Kilkanaście lat później sir John Franklin wyrusza z załogą na wyprawę morską, z której nikt nie wraca. W Anglii pojawiają się doniesienia o kanibalizmie, którego rzekomo mieli się dopuścić członkowie eskapady, w tym sam Franklin. Opinia publiczna jest wstrząśnięta, a Lady Jane, chcąc ocalić reputację męża, prosi o pomoc Charlesa Dickensa. Sławny pisarz tworzy sztukę zainspirowaną wyprawą, próbując podważyć stawiane zarzuty.

Tytuł: Pragnienie
Autor: Richard Flanagan
Wydawnictwo: Literackie

Z prozą Richarda Flanagana po raz pierwszy spotkałem się przy okazji lektury Księgi ryb Williama Goulda. Powieść zrobiła na mnie spore wrażenie oraz urzekła swoją osobliwością, delikatnością oraz ilością nawiązań i metafor. Kiedy pojawiła się okazja, by sięgnąć po Pragnienie, nie zastanawiałem się długo. Mimo że Ścieżki północy, najbardziej znaną powieść Flanagana, mam jeszcze przed sobą, nie mogłem sobie odmówić lektury tej książki. Teraz mogę powiedzieć, że nie tylko dostarczyła mi ona nowych literackich doznań, ale utwierdziła w przekonaniu, że warto poznawać twórczość tego autora.

Dziewiętnastowieczna Anglia, zatłoczone ulice Londynu i brudne dzielnice przemysłowe. Z drugiej strony natomiast nieodkryta Ziemia van Diemena, dzika natura i nieznający cywilizacji Aborygeni. Dwa zupełnie odmienne światy, które nijak do siebie nie przystają, a które Richard Flanagan połączył na kartach swojej powieści.  Australijski pisarz umiejętnie wykorzystał te dwie scenerie, tworząc wielobarwny i multikulturowy obraz ówczesnego świata. Obraz, który jednocześnie zachwyca swoją różnorodnością i pięknem oraz przeraża okrucieństwem i niesprawiedliwością.

Fundamentem i najważniejszą częścią Pragnienia są emocje. Te najgłębiej skrywane, najmocniejsze i najbardziej osobiste. Pierwotne pragnienia, odruchy i zachowania, które motywują większość naszych decyzji i działań. Flanagan zastanawia się, czy mamy na nie jakikolwiek wpływ, czy jesteśmy w stanie nad nimi zapanować. W jakim stopniu sami decydujemy o własnych uczuciach, a na ile są one uwarunkowane przez nasze sumienie i podświadome zachowania. Autor zadaje sporo niełatwych pytań i zmusza nas do refleksji, jednocześnie nie sugerując żadnej odpowiedzi. Do końca mamy swobodę w osądzie oraz możliwość wyrobienia własnej opinii.

Pomimo sporego ładunku emocjonalnego oraz wagi poruszanych tematów, powieść czyta się niezwykle przyjemnie i stosunkowo łatwo. Nie wiem jednak do końca, na ile jest to zasługa autora, a na ile kwestia tego, że ta historia zwyczajnie mną nie wstrząsnęła. Owszem, książka zmusza do refleksji oraz wywołuje liczne emocje, jednak na stosunkowo małą skalę. Sprawia to, że kilka dni po zakończeniu lektury nie czujemy się z nią w żaden sposób związani. Jest to oczywiście moje subiektywne odczucie, jednak mam wrażenie, że można było z tej historii wydobyć jeszcze więcej. Flanagan stworzył niezwykłą, pełną uczuć opowieść, jednak niestety nie wykorzystał w pełni jej potencjału.

Pragnienie Ricgarda Flanagana to poruszająca powieść o najgłębiej skrywanych przez nas pragnieniach oraz pożądaniach. Opowieść o poszukiwaniu swojej prawdziwej natury oraz próbie zdefiniowania własnego sumienia. Pisarz zadaje sporo trudnych i nieoczywistych pytań, tym samym zmuszając nas do refleksji oraz przyjrzenia się sobie. Z niezwykłym wyczuciem i smakiem połączył przejmującą historię z wartkim tempem oraz przyjemnym stylem, sprawiając, że powieść czyta się jednym tchem. Nawet jeśli nie jest to aż tak wstrząsająca książka, jaka mogłaby być, to nie można odmówić jej emocjonalności oraz szczerości. Doskonała do rozpoczęcia przygody z twórczością Flanagana!

★★★★★★★☆☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Czytaliście już Pragnienie?
A jeśli nie, to czy zamierzacie?

wtorek, 4 kwietnia 2017

Book Haul | Luty + Marzec 2017

Nowe tytuły na moich półkach



Pod koniec zeszłego roku, postanowiłem ograniczyć kupowanie książek. I jak dotąd, udaje mi się to zrealizować! Świadczą o tym chociażby ostatnie dwa miesiące, podczas których kupiłem jedynie cztery książki (co jak na mnie jest naprawdę niezłym wynikiem). Dzięki temu udało mi się nadrobić parę tytułów z mojej biblioteczki oraz przeczytać kilka klasyków z biblioteki, na które od dawna miałem ochotę. Poza tym, nie ma co ukrywać - moje półki też odetchnęły. Miejsca na nich ciągle brak, jednak przynajmniej nie dochodzą kolejne tomiszcza, z którymi nie wiadomo co zrobić. Słowem - same korzyści. Niemniej jednak na przestrzeni lutego i marca trafiło do mnie 7 nowych książek...

  • Konające zwierzę - Philip Roth 
  • Kompleks Portnoya - Philip Roth
  • Wielkie kłamstewka - Liane Moriarty
  • Endgame. Reguły gry - James Frey
  • Sońka - Ignacy Karpowicz
  • Frankenstein - Mary Shelley
  • Wieloryby i ćmy - Szczepan Twardoch

Konające zwierzę oraz Kompleks Portnoya, czyli kolejne już powieści Philipa Rotha na mojej półce. Oba tytuły mam już za sobą i oba zrobiły na mnie spore wrażenie. To odważna oraz niezwykle szczera proza, która wymaga od czytelnika emocjonalnego zaangażowania. Kiedy kilka tygodni temu zobaczyłem pierwszy odcinek Big Little Lies (Wielkie kłamstewka), od razu wiedziałem, że będę chciał sięgnąć po literacki pierwowzór. Okazja na jego zdobycie natrafiła się dość niespodziewanie, bo w konkursie na Facebooku. W którym udało mi się wygrać. Reguły gry, czyli trzeci tom serii Endgame, to egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa SQN. Jestem właśnie w trakcie jego lektury, i mimo że nie pamiętam za dużo z poprzednich części, książkę czyta mi się niezwykle przyjemnie i szybko. Następnie udało mi się kupić powieść, na którą już od dawna miałem ochotę, a mianowicie Sońkę Ignacego Karpowicza. Nie mogłem się powstrzymać, dlatego przeczytałem ją właściwie od razu i powiem jedno - warto. Razem z tą książką zamówiłem również Wieloryby i ćmy Szczepana Twardocha, czyli dzienniki tego właśnie autora. Jako że Twardoch to jeden z moich ulubionych pisarzy, jestem niezwykle ciekawy tej lektury. Na koniec - Frankenstein Marry Shelley, egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Vesper. Książka już przeczytana, dlatego w tym miesiącu możecie spodziewać się recenzji.

Ile książek trafiło do was w tym miesiącu?
O jakie tytuły wzbogaciła się ostatnio wasza biblioteczka?

sobota, 1 kwietnia 2017

Podsumowanie miesiąca | Luty + Marzec 2017

Po dwumiesięcznej przerwie...



Jak pewnie część z Was zdążyła zauważyć, nie było mnie tu trochę. Przez dwa ostatnie miesiące, na blogu nie pojawił się żaden tekst, a na moich profilach społecznościowych panowała cisza. Nie mam zamiaru się usprawiedliwiać ani przepraszać, jednak wydaje mi się, że należy się Wam, czytelnikom, kilka słów wyjaśnienia. Powodów przerwy było kilka, jednak najważniejsze z nich to po prostu przemęczenie. O ile prowadzenie bloga sprawia mi dużo przyjemności i satysfakcji, o tyle jest ono jednocześnie niezwykle czasochłonne. Od jakiegoś czasu zwyczajnie brakowało mi czasu na inne rzeczy niż szkoła i blog, dlatego postanowiłem odpocząć. Na dwa miesiące zawiesiłem działalność strony i skupiłem się na innych rzeczach... Jednak teraz wracam. Nie umiem powiedzieć, na ile regularnie będą pojawiać się posty, jednak mam nadzieję, że uda mi się zachować pewną systematyczność...


W lutym i marcu przeczytałem:
  • Sońka - Ignacy Karpowicz ★★★★★★★★☆☆ (recenzja)
  • Konające zwierzę - Philip Roth ★★★★★★★★☆☆
  • Zbrodnia i kara - Fiodor Dostojewski ★★★★★★★☆☆☆
  • W krainie czarów - Sylwia Chutnik ★★★★★★★★☆☆ (recenzja)
  • Polska odwraca oczy - Justyna Kopińska ★★★★★★★☆☆☆
  • Opowieść podręcznej - Margaret Atwood ★★★★★★★★☆☆
  • Pragnienie - Richard Flanagan ★★★★★★★☆☆☆ (recenzja wkrótce)
  • Frankenstein - Mary Shelley ★★★★★★★★☆☆ (recenzja wkrótce)
  • Pod mocnym aniołem - Jerzy Pilch ★★★★★★★☆☆☆
  • Mute - D. Wojda, S. Skrobol, B. Sztybor ★★★★★★☆☆☆☆

Ostatnie dwa miesiące stały pod znakiem dobrych i bardzo dobrych książek. Część z nich mnie zaskoczyła, a część pozostawiła po sobie pewien niedosyt, jednak żadna nie zawiodła lub rozczarowała. Zaczęło się od odważnej i szczerej Opowieści podręcznej, która zrobiła na mnie niemałe wrażenie oraz niejako zmieniała sposób, w jaki postrzegam teraz różne rzeczy. Następnie przyszła pora na trzy tytuły, które zostawiły po sobie niedosyt. Pragnienie, moja druga książka Richarda Flanagana, podobała mi się, jednak mam wrażenie, że autor nie wykorzystał w pełni jej potencjału. Polska odwraca oczy, pierwszy reportaż tego roku, niejednokrotnie przeraża, bulwersuje i budzi sporo emocji, jednak jednocześnie jest bardzo nierówny. Z kolei Mute, rzadko czytana przeze mnie powieść graficzna, zachwyca stroną wizualną, jednak sama treść się gdzieś w tym wszystkim gubi. SońkaW krainie czarów i Pod mocnym aniołem to pierwsze spotkania kolejno z Karpowiczem, Chutnik i Pilchem. I to spotkania niezwykle udane! Każda z tych książek to wymagająca, głęboka i zapadająca w pamięć proza. W międzyczasie postanowiłem powrócić do jednego z moich największych odkryć zeszłego roku, a mianowicie Philipa Rotha; Konające zwierzę jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu o jego wielkości. Wybitna lektura! Na koniec dwa klasyki - Zbrodnia i kara oraz Frankenstein. Oba dzieła wywarły na mnie spore wrażenie, jednak muszę przyznać, że to ten drugi tytuł bardziej zapadł mi w pamięć. Niemniej jednak, mam nadzieję wrócić kiedyś do każdego z nich.


W lutym i marcu obejrzałem m.in.:
  • Moonlight ★★★★★★★★☆☆
  • Pokot ★★★★☆☆☆☆☆☆
  • Przełamując fale ★★★★★★★★☆☆
  • Elle ★★★★★★★☆☆☆
  • Pianistka ★★★★★★★★☆☆
  • Kawa i papierosy ★★★★★★☆☆☆☆
  • Przerwana lekcja muzyki ★★★★★★★★☆☆
  • Dzikość serca ★★★★★★★★☆☆
  • Nieodwracalne ★★★★★★★☆☆☆
  • To tylko koniec świata ★★★★★★★☆☆☆
  • Pokój ★★★★★★★★☆☆
  • Jackie ★★★★★★☆☆☆☆
  • Nowy początek ★★★★★★★★☆☆
  • Godziny ★★★★★★★☆☆☆
  • Zwierzęta nocy ★★★★★★★★☆☆
  • Podziemny krąg ★★★★★★★★★☆
  • Big Little Lies ★★★★★★★★☆☆

Pod względem filmowym, luty i marzec wypadają całkiem dobrze, choć nie obyło się bez kilku rozczarowań. Zdecydowanie największym z nich jest Pokot, na którym (stwierdzam to z przykrością) bardzo się zawiodłem. Pod względem fabularnym nie mam większych zarzutów, jednak sposób przedstawienia historii oraz scenariusz pozostawiają sporo do życzenia. Pewien niedosyt odczuwam także po Jackie oraz Kawie i papierosach... Natomiast jeśli chodzi o pozytywne zaskoczenia, to chciałbym wyróżnić przede wszystkim Nowy początek, który okazał się niespodziewanie dobrym kinem sci-fi oraz Przerwaną lekcję muzyki, która wywołała u mnie sporo silnych emocji. Przełamując fale Larsa von Triera oraz Pianistka Michaela Hanekego to z kolei genialne, lecz trudne, ciężkie i wymagające filmy; raczej dla miłośników tych reżyserów. Na uwagę zasługują również: Moonlight, Pokój oraz Zwierzęta nocy. Trzy zupełnie różne produkcje, a każda z nich na swój sposób wyjątkowa i wpływająca na widza. Jednakże tytuł najlepszego, obejrzanego przeze mnie ostatnio, filmu trafia do Fight Clubu (Podziemny krąg). Kino najwyższej klasy!


Oprócz tego:
  • Koncert Domowych Melodii
    To jeden z najciekawszych, najbardziej intrygujących i oryginalnych, a zarazem moich ulubionych, zespołów muzycznych. Proste i klasyczne, a jednocześnie zawierające sporą dawkę fantazji, melodie w połączeniu ze szczerymi tekstami prosto z serca dają niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju utwory. Grupa znana jest z żywiołowych i iście szalonych występów oraz świetnego kontaktu z publicznością, o czym mogłem się przekonać na ich ostatnim koncercie w Rzeszowie. Chciałbym to kiedyś powtórzyć!
  • Koncert Mikromusic
    Zespół wystąpił w Rzeszowie w nieco okrojonej wersji pod postacią Mikromusic Trio. Wykonał te znane i mniej znane utwory ze swojego repertuaru w nowych aranżacjach, którym wiernie przewodził nieziemski, hipnotyzujący głos Natalii Grosiak. Ich koncert w Rzeszowie był niezwykle kameralny, dzięki czemu miało się poczucie pewnej intymności oraz bliskości z zespołem. Odprężenie przy kojących dźwiękach Mikromusic to z pewnością jeden z najlepszych sposobów na spędzenie wieczoru.
fot. Jakub Dworak (po lewej), Grzegorz Bukała (po prawej)

Jak spędziliście luty i marzec?
Ile książek udało Wam się przeczytać?

wtorek, 31 stycznia 2017

Podsumowanie miesiąca i Book Haul | Styczeń 2017

Pierwsze podsumowanie miesiąca w tym roku.



Pierwszy miesiąc 2017 roku za nami. Po kilku zabieganych tygodniach w końcu udało mi się znaleźć trochę czasu na relaks. W drugiej połowie stycznia przypadły mi ferie zimowe, dzięki którym mogłem choć na chwilę odpocząć i zapomnieć o obowiązkach szkolnych. Większą część wolnego spędziłem na obozie narciarsko-pływackim na Słowacji, na który jeżdżę już od prawie dziesięciu lat. Natomiast pod koniec ferii udało mi się pojechać na trzy dni do Krakowa, gdzie również bardzo miło spędziłem czas. Oba wyjazdy wspominam niezwykle miło i jestem zadowolony, że tak aktywnie udało mi się spędzić te ferie, choć nie ukrywam, że za ich sprawią nie miałem tak dużo czasu na czytanie, jak mogłoby się wydawać...


W styczniu przeczytałem:
  • Prawiek i inne czasy - Olga Tokarczuk ★★★★★★★★☆☆ (recenzja)
  • Muza - Jessie Burton ★★★★★★★☆☆☆ (recenzja)
  • Zabić drozda - Harper Lee ★★★★★★★☆☆☆
  • Lolita - Vladimir Nabokov ★★★★★★★☆☆☆
  • Lalka - Bolesław Prus ★★★★☆☆☆☆☆☆

Najlepsza książka:
Największe wrażenie zrobiła na mnie powieść Prawiek i inne czasy Olgi Tokarczuk. Jest to jedna z tych książek, o których myśli się jeszcze długo po lekturze i do których będzie się jeszcze niejednokrotnie powracać.

Najgorsza książka:
Mimo pozytywnego nastawienia i sporej determinacji, Izabela Łęcka oraz Stanisław Wokulski pokonali mnie. Lalka z pewnością nie dołączy do grona moich ulubionych lektur.


W styczniu obejrzałem:
  • O północy w Paryżu (reż. Woody Allen) ★★★★★★☆☆☆☆
  • Komunia (reż. Anna Zamecka) ★★★★★★☆☆☆☆
  • Święta góra (reż. Alejandro Jodorowsky) ★★★★★★★☆☆☆
  • La La Land (reż. Damien Chazelle) ★★★★★★★★☆☆
  • Toni Erdmann (reż. Maren Ade) ★★★★★★★☆☆☆
  • Fukushima, moja miłość (reż. Doris Dörrie) ★★★★★★☆☆☆☆
  • Ja, Olga Hepnarova (reż. Petr Kazda) ★★★★★★☆☆☆☆
  • Manchester by the Sea (reż. Kenneth Lonergan) ★★★★★★★★☆☆
  • Stalker (reż. Andriej Tarkowski) ★★★★★★★★★☆
  • Młody papież (reż. Paolo Sorrentino) ★★★★★★★☆☆☆

Najlepszy film/serial:
Zdecydowanie Stalker. Film Andrieja Tarkowskiego to dzieło wybitne, wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Do tej pory nie mogę się po nim otrząsnąć.

Najgorszy film/serial:
Ja, Olga Hepnarova. Z pewnością nie jest to film zły ani nawet przeciętny, jednak nie ukrywam, że odrobinę się rozczarowałem... A szkoda, bo potencjał był ogromny.


Na blogu pojawiły się recenzje książek:

Pozostałe posty:

Book Haul:


Jest to właściwie stosik z dwóch miesięcy - grudnia oraz stycznia. W ostatnim czasie na moje półki trafiło stosunkowo mało nowych książek, co mnie niezmiernie cieszy. Postanowiłem przystopować z kupowaniem nowych pozycji, a postawiłem raczej na wyczytywanie domowych zbiorów lub wypożyczanie z biblioteki. Póki co mi się to udaje, z czego jestem niezmiernie dumny, jednak kilka nowych książek i tak do mnie trafiło...
Muza Jessie Burton oraz Pragnienie Richarda Flanagana to egzemplarze recenzenckie od Wydawnictwa Literackiego. O pierwszym z nich już pisałem na blogu, a za drugi niebawem się zabieram, dlatego w okolicach drugiej połowy lutego możecie się spodziewać recenzji. Słowik, Maestra oraz Buszujący w zbożu to, bardziej lub mniej, spontaniczne zakupy, natomiast Ludzką skazę Philipa Rotha dostałem w ramach prezentu mikołajkowego.


Dodatkowo:
  • "Reaktywowałem" moje konto na Instagramie. Może wydawać się to błahe, jednak zauważyłem, że  to właśnie ten portal społecznościowy, obok Facebooka, pozwala na najlepszy kontakt z obserwatorami. Postanowiłem w miarę regularnie publikować tam zdjęcia, dlatego jeśli jesteście zainteresowani, serdecznie zapraszam. Mój profil znajdziecie TUTAJ.

Jak spędziliście styczeń?
Ile książek udało się Wam przeczytać w tym miesiącu?
O jakie tytuły wzbogaciła się Wasza biblioteczka?

Piszcie w komentarzach :)

piątek, 27 stycznia 2017

Muza - Jessie Burton

Piękna opowieść o sztuce, miłości i poświęceniu.



Londyn, lato 1967 roku. 26-letnia Odelle Bastien, czarnoskóra imigrantka z Tryninadu, zostaje zatrudniona w renomowanej galerii sztuki w Londynie. Wkrótce trafia tam tajemniczy obraz, którego historia nie jest do końca znana. Prawdopodobnie jest to zaginione dzieło hiszpańskiego artysty z lat 30...
Andaluzja, rok 1936. Wpływowy marszand z Wiednia, Harold Schloss, przeprowadza się z córką i żoną na hiszpańską prowincję. Tam zatrudnia Izaaka i Teresę - rodzeństwo, które ma pracować jako służba w jego rezydencji. Chłopak, z zamiłowania malarz, dostaje zlecenie namalowania wspólnego portretu matki i córki, który ma być prezentem-niespodzianką dla Harolda...

Tytuł: Muza
Autor: Jessie Burton
Wydawnictwo: Literackie

Jessie Burton jakiś czas temu szturmem wdarła się na światowy rynek wydawniczy. Jej debiut, Miniaturzystka, został przetłumaczony na 36 języków i sprzedany w milionach egzemplarzy. Zebrał same pozytywne recenzje oraz zdobył ogromne uznanie wśród czytelników na całym świecie. Słowem - prawdziwy bestseller. Po dwóch latach przerwy, brytyjska pisarka powraca z kolejną powieścią, Muzą. Druga książka jest testem dla pisarza, sprawdzeniem, czy bestsellerowy debiut nie był jedynie kwestią szczęścia. Po lekturze chyba wszyscy są zgodni - Jessie Burton zdała ten sprawdzian celująco.

Siłą napędową tej powieści są jej główne bohaterki. Odelle, Oliwia i Teresa to trzy dziewczyny, które mają marzenia, cele i aspiracje. Dzieli je właściwie wszystko, jednak każda z nich kocha, cierpi i jest zmuszona walczyć o swoje szczęście. Los rzuca im pod nogi wiele problemów i trudności, z którymi muszą się zmierzyć. Wbrew otoczeniu, tradycji i ówczesnym realiom decydują się powiedzieć głośne "nie" i zawalczyć o siebie. To silne, niezależne kobiety, które wiedzą czego chcą i do czego dążą. Jessie Burton wykreowała bohaterki z krwi i kości, w które się wierzy, którym się kibicuje i które się wspiera.

Istotną rolę w Muzie odgrywa sztuka. Tajemniczy obraz czy galeria sztuki niejednokrotnie stają się powodem do rozważań o istocie malarstwa czy roli artysty we współczesnym świecie. Prezentowane są tu różne postawy oraz spojrzenia na malarstwo czy literaturę, które w połączeniu dają bogaty i bardzo zróżnicowany obraz szeroko pojętej kultury. Jessie Burton oddaje spore pole refleksjom i spostrzeżeniom na jej temat, dodatkowo wplatając ogromną ilość alegorii, odniesień czy aluzji do kultowych twórców i ludzi kultury.

Warto zwrócić uwagę na styl, jakim Muza została napisana. Przepiękny, miejscami wręcz poetycki język Jessie Burton sprawia, że przez książkę się wręcz płynie. Autorka nie tylko pisze o sztuce, ona sama stworzyła małe dzieło sztuki. Niezwykle barwnie opisuje zarówno wszystkie wydarzenia, jak i uczucia oraz myśli bohaterów. Jessie Burton z niezwykłym smakiem i wyczuciem opowiada o emocjach, kreśląc piękne i bogate relacje między bohaterami. Miłość i przyjaźń, które stanowią ważny element tej historii, dzięki wspaniałemu stylowi, przepięknie wybrzmiewają na kartach książki. Nawet pomimo pewnej dozy naiwności i odrobiny podkoloryzowania, historia do końca pozostaje szczera i poruszająca.

Muza Jessie Burton to piękna opowieść o sztuce, poświęceniu oraz sile miłości. Ciekawym zabiegiem jest wykorzystanie dwóch płaszczyzn czasowych, które zgrabnie się przeplatają. Autorka pisze niezwykle lekko i pięknie zarazem, co sprawia, że przez książkę mknie się błyskawicznie. Z pewnością można tu wyczuć nutę naiwności, jednak w ogólnym odbiorze zupełnie ona nie przeszkadza. Nie jest to też powieść, którą będzie się pamiętać do końca życia, jednak myślę, że warto dać się oczarować i zahipnotyzować przepięknej Muzie. Z pewnością nie pożałujecie jej lektury.

★★★★★★★☆☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Czytaliście już Muzę?
A jeśli nie, to czy zamierzacie?

Piszcie w komentarzach :)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Krótka historia siedmiu zabójstw - Marlon James

Brutalna, wulgarna, prawdziwa.



Jamajka, lata 70. XX wieku. Władzę nad Kingston sprawują bossowie najbardziej liczących się gangów. Wszechobecny staje się przemyt, łapówkarstwo, prostytucja, a nawet prześladowania, gwałty czy tortury. Na ulicach miasta co chwilę wybuchają zamieszki, a wyjście z domu po zmroku jest śmiertelnie niebezpieczne. W tym czasie do stolicy Jamajki przyjeżdża sławny na całym świecie Muzyk. Ma on wystąpić podczas koncertu dla pokoju, który według planów, powinien ostudzić napiętą sytuację w kraju. Sprawa jednak poważnie się komplikuje, gdy na kilka dni przed występem artysta zostaje postrzelony...

Tytuł: Krótka historia siedmiu zabójstw
Autor: Marlon James
Wydawnictwo: Literackie

Literatura Ameryki Środkowej jest dla nas wciąż czymś nieodgadnionym i niepoznanym. Niezwykle rzadko mamy okazję sięgać po książki autorów z tego rejonu świata. Jednakże jakiś czas temu, na światowy rynek szturmem wdarła się Krótka historia siedmiu zabójstw - powieść prosto ze stolicy Jamajki. Wprawiając w zachwyt krytyków oraz zgarniając najważniejsze literackie nagrody, odbiła się szerokim echem wśród miłośników literatury z całego globu. Pod koniec zeszłego roku, również polscy czytelnicy, w tym ja, mieli okazję poznać laureata Nagrody Bookera z 2015 roku. Jakie zrobił na mnie wrażenie?

Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte XX wieku to dla Jamajki niezwykle burzliwy i gorący okres. Czas dominacji gangów, powszechnego bezprawia oraz agresji i wzmożonych walk między kartelami. Zarówno na ulicach, jak i u ludzi można było zauważyć niepokój, agresję oraz strach. Doskonale to widać także w Krótkiej historii siedmiu zabójstw. Marlon James idealnie oddał ducha tamtych czasów, emocje ludzi oraz ogólną atmosferę tego okresu. Przeniósł na karty swojej książki ciężki klimat, brud oraz ówczesne realia, tworząc dzieło do bólu prawdziwe. Pokazał Jamajkę taką, jaką wtedy była. Bez koloryzowania, pomijania czy stawiania w lepszym świetle.

Specyfika Jamajki oraz jej mieszkańców widoczna jest również w warstwie językowej. Fabułę książki śledzimy z perspektywy kilku, zupełnie od siebie różnych, bohaterów: dzieci slumsów, baronów narkotykowych, dziennikarzy, prostytutek, gangsterów, a nawet agentów CIA. Dzięki temu mamy możliwość zaobserwowania wszystkich warstw społecznych zamieszkujących ówczesne Kingston. Możemy przyjrzeć się im od wewnątrz, zwrócić uwagę na poziom wykształcenia, warunki życia czy wzajemne relacje. Zaobserwowane cechy są doskonale widoczne w sposobie prowadzenia narracji przez każdą z osób. Marlon James, w zależności od narratora, posługuje się całkowicie innym stylem, używając przy tym m.in. gangsterskiego slangu i mowy ulicznej. Robi wrażenie.

Fabuła Krótkiej historii siedmiu zabójstw jest niezwykle obszerna i wielowątkowa. Mimo że oscylująca wokół jednego tematu, porusza wiele wątków oraz opowiada równorzędnie kilkanaście historii. Marlon James nie ogranicza się i rozwija dosłownie każdy przewijający się w tej historii motyw. Stworzył tym samym wielowymiarowe dzieło, które budzi podziw i uznanie, ale w którym zdecydowanie łatwo się też pogubić. Jego lektura wymaga ciągłego skupienia oraz przysparza wielu trudności. Dopiero po zakończeniu przekonujemy się, że mieliśmy do czynienia z czymś wielkim i wyjątkowym. Z czymś, co zdarza się niezwykle rzadko.

Największy problem z  tą powieścią jest taki, że im dłużej ją czytamy, tym coraz bardziej nas ona przytłacza. Jej lektura nie sprawia już tak dużej przyjemności, a niejednokrotnie skłania wręcz do jej odłożenia. Rozumiem zamysł autora, który pragnął jak najlepiej i najbardziej obrazowo pokazać Jamajkę, jednak wydaje mi się, że w pewnym momencie przesadził. Ubierając niemalże całą historię w myśli mieszkańców slumsów oraz ich specyficzny, trudny do zrozumienia sposób wypowiadania się, pisarz stawia czytelnika pod ścianą. W pewnym momencie ten ciężki język zaczyna po prostu przytłaczać. Przez to, że wszystko staje się zbyt dosłowne, natarczywe oraz miejscami wręcz niesmaczne, cały zabieg znacząco traci na wartości.

Krótka historia siedmiu zabójstw Marlona Jamesa to ciężka, robiąca wrażenie swym ogromem książka. Niezwykle klimatyczna i przebogata opowieść o Jamajce, jej mieszkańcach, kulturze i obyczajach. Marlon James pokazał swój kraj w najszczerszy możliwy sposób, wyciągając na wierzch największe brudy i nie ukrywając przed czytelnikiem nawet tych najmniej pochlebnych cech. To pozycja dla wytrawnych czytelników, którzy nie boją się specyficznej, trudnej do odbioru treści. Przygotujcie się na dużą dawkę brutalności, wulgaryzmów, brudu, ale przede wszystkim - bolesnej prawdy.

★★★★★★★☆☆

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Czytaliście już Krótką historię siedmiu zabójstw?
A jeśli nie, to czy zamierzacie?

Piszcie w komentarzach :)